Baner


Relacja z Letnich Igrzysk Paraolimpijskich Rio 2016


6 Paź 2016
Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

p9040295Nasz zawodnik Filip Rodzik jako jedyny Polkowiczanin pojechał na Igrzyska Paraolimpijskie do Rio de Janeiro. Z czym się zmagał, jak się przygotowywał, jakie były jego oczekiwania i co udało mu się osiągnąć, dowiemy się z poniższej relacji.

– Byłeś na Igrzyskach w Pekinie, w Londynie nie udało się jak wyglądały przygotowania do Rio?

– Po tym jak nie udało mi się pojechać do Londynu (m.in. przez kontuzję) dołożyłem wszelkich starań, aby nic nie stanęło mi na drodze w nominacji na Igrzyska w Rio. Zadbałem zarówno o przygotowanie fizyczne kondycyjne, jak również starałem się nie przeciążać, uważać na choroby i inne czynniki zewnętrzne, które mogłyby mnie pozbawić możliwości wyjazdu. To były cztery lata ciężkiej pracy, szczególnie trudne były ostatnie 8 miesięcy, kiedy przygotowania były najintensywniejsze i zapowiadały zbliżający się, ostateczny sprawdzian. Większość zawodów po drodze wypadała bardzo dobrze i dawała nadzieję na udany start w Rio.

– Gdy wreszcie przyszedł czas wyjazdu jak się czułeś, jak szły treningi i pierwszy start?

– Muszę powiedzieć, że ten moment był niezwykły, odległy kontynent, zupełna inna rzeczywistość i klimat. Po prostu niesamowite wrażenia. Ale niestety, od samego przyjazdu do Rio moja niezawodna przyjaciółka „spastyka” zaczęła mocno o sobie przypominać. Czasem zdarzało mi się, że dokuczała bardziej niż zwykle, niemniej to było zawsze na chwilę i potem przechodziło. Tutaj jednak nie dawała za wygraną i walczyła przez cały czas, od drugiego-trzeciego dnia pobytu do samego przyjazdu do Polski, a nawet i chwilę dłużej. Myślałem, że dam sobie z nią radę, lecz nigdy aż tak nie dokuczała i nigdy nie trwała tak długo. To przez nią, podczas pierwszego startu konkurencja P1, pierwszą serię zakończyłem z jedynie 88 punktami. Wiedziałem, że mogę jeszcze to nadrobić o ile mi na to pozwoli. Podczas drugiej i trzeciej serii, trochę się uspokoiła, co też i było widać w wynikach 96 i 93 punkty, dawało perspektywę na pozytywne zakończenie całej rywalizacji. Niestety przy końcówce trzeciej serii i przy kolejnych nie była już tak łaskawa, pokazała na co ją stać. Musiałem walczyć z nią, ze swoimi emocjami, a przede wszystkim z nieubłagalnym czasem, który gnał na złamanie karku. Czwarta seria 91 z siódemką, która padła przy niekontrolowanym napięciu. Do końca zostało już około 15 min. I niestety 20 strzałów. Gdyby jeszcze odpuściła i dała normalnie strzelać, dałbym radę, ale po co miałaby to robić przecież świetnie się bawiła. Chciałem przyspieszyć strzały i strzelać tuż po wjeździe w rejon zanim jeszcze zdąży złapać i zmusi do ponownego odłożenia pistoletu. Niestety zbyt duży nacisk na spust, emocje i pośpiech sprawiły, że jeden z kolejnych strzałów padł zbyt wcześnie przy schodzeniu broni w rejon celowania „trójka” i wyrok zapadł. Wiedziałem, że tego już nie nadrobię i należy dokończyć konkurencję, ale na nic nie mogę już liczyć. Pierwszy start zakończony na dalekim miejscu, ale wiedziałem, że moja koronna konkurencja jeszcze przede mną, jeszcze nie wszystko stracone.

– No właśnie konkurencja P3, strzelasz ją dodatkowo od niedawna, to był Twój drugi start, jak tam poszło?

– Myślałem, że spastyka w końcu przejdzie, lecz nie przechodziła, a dodatkowo tuż przed drugim startem w konkurencji P3 dodatkowo zaczęły się problemy z kręgosłupem. Drugi start wyszedł znośnie nie było tragedii chociaż trochę zapasu jeszcze było, ale przez spastykę nie dało się „normalnie” powalczyć. Po części dokładnej byłem 10, a po części szybkiej spadłem na 21 miejsce. Nie spodziewałem się dużo lepszych wyników w tej konkurencji, więc też nie byłem rozczarowany wynikiem.

– Ostatnia Twoja koronna konkurencja, co tam się zadziało?

– Myślałem, że kłopoty z kręgosłupem, które zaczęły się przed konkurencją P3, same przejdą tak samo szybko jak się zjawiły, ale myliłem się. Utrzymały się do samego końca, a nawet mam je i do teraz. Próbowałem na nie też coś zaradzić, ale nie udało się. Co dzień rano spędzałem koło godziny, a czasem nawet dłużej na próbie wstania z łóżka i zaakceptowania tej pozycji przez mój kręgosłup. Z początku kończyło się drętwieniem nóg, skokami ciśnienia i potami, aż w końcu udało mi się normalnie usiąść. Kosztowało mnie to dużo energii, której tak bardzo potrzebowałem podczas ostatniej mojej konkurencji P4. 14 września podczas ostatniego mojego już startu udawało mi się w miarę radzić z szalejącą spastyką, chociaż wiedziałem że wynik przez to będzie trochę słabszy, lecz duże osłabienie przez problemy z kręgosłupem były nie do przeskoczenia. Walczyłem do końca, ale to nie wystarczyło, żeby powalczyć o najwyższe miejsca.

– A jakie perspektywy na przyszłość?

– Udało mi się pojechać do Rio i odpowiednio do tych zawodów przygotować, lecz zabrakło trochę szczęścia i zdrowia, żeby spełnić moje marzenie i powalczyć o najwyższe miejsca. Na razie muszę zająć się zdrowiem, a być może za 4 lata w Tokio uda się jeszcze raz o to powalczyć.

– No i oczywiście czy był tam czas na relaks i zobaczenia trochę Brazylii?

– Po wszystkich startach mieliśmy jeszcze ok. 3 dni na zwiedzanie dzięki czemu udało nam się zobaczyć „Jezusa”, „Głowę cukru” i Copacabanę.